niedziela, 28 lutego 2016

Rozdział pierwszy

Eggsy

               Eggsy Firefox, tak właśnie się nazywam. Pochodzę z małej planety "Volley Of Fire" - planety ognia. Na "Ziemi" znalazłem się nie dawno w dość dziwny sposób.
Kiedyś byłem zwykłym nastolatkiem, takim jak każdy, miałem marzenia i zainteresowania, a jedyne co odróżniało mnie od innych to dziwne sny. Zawsze było to samo - płonący dom, strażacy ratujący moją mamę, tatę, a nawet psa, a w domu zostawałem tylko ja, stojący w płomieniach. Ku mojemu zdziwieniu nie parzył mnie i nic mi się nie działo.
 Parę dni po pierwszym takim śnie umarł mój dziadek, który na łożu śmierci dał mi prezent. Doskonale pamiętam, że zapytałem go, co to za pierścień, a on odpowiedział: Pierścień ma tylko jednego władcę, jednej tylko posłucha osoby i nie podzieli władzy poza władcę. Eggsy mój drogi wnuku, mój czas dobiegł końca, natomiast ty! Ty będziesz godnym następcom. Godzinę po tych słowach dziadek odszedł na wieczną służbę.
Z godnością nosiłem pierścień, ale nie rozumiałem jego znaczenia, aż do dnia, gdy wracałem ze szkoły. W drodze do domu spotkałem trzech mężczyzn, którzy grozili mi, abym oddał pierścień, a wtedy nic mi się nie stanie. Odmówiłem, powiedziałem, że to pamiątka rodzinna i wtedy zaczęli mnie bić. Kopnęli mnie tak, że poleciałem na ścianę bliskiego budynku, odbijając się od niej. Nagle pierścień, który nosiłem na palcu zaczął świecić jasnym światłem i znikąd pojawił się tajemniczy "ktoś", który jednym machnięciem ręki powalił wszystkich zbójców na ziemię.
- Eggsy! - Krzyknął - Wstawaj i pokaż im! - Tak, jak kazał zrobiłem, a moje ciało pokrył ogień, tworząc warstwę ochronną.
 Walka nie trwała zbyt długo, pokonaliśmy ich bez problemu. Jak się później okazało, byli to Łowcy Strażników.
- Cześć Eggsy jestem Xsantiv Stone - Powiedział nieznajomy - Jestem z rodu strażników ognia i od dzisiaj twoim stróżem, a teraz proszę daj mi rękę, polecimy do naszego domu na Volley Of Fire. - Nie wiedzieć czemu zgodziłem się i Xsantiv zabrał mnie na zwariowaną dla mnie planetę.
- Jak tam dziadek? - Zapytał, gdy weszliśmy do jego domu.
- Nie żyje - Odpowiedziałem ze smutkiem w głosie.- Kim jestem i kim był mój dziadek, dlaczego mnie tutaj zabrałeś? - Zapytałem.
- Eh - westchnął mój nowy znajomy. - Twój dziadek był najlepszym strażnikiem ognia. Jakiś czas temu powiedział mi, że gdy jego pierścień zaświeci, da mi sygnał, a ja mam się wtedy pojawić i zaopiekować tobą. Mam cię nauczyć używania pierścienia, panowania nad nim, nauczyć zaklęć i transformacji, wyszkolić na strażnika ognia.
Od tamtego momentu Xsantiv mnie szkolił. Opanowałem wszystkie potrzebne mi umiejętności, a mój nauczyciel mówił, że jestem już taki jak dziadek, co nie ukrywam bardzo mnie cieszyło.

2 lata później

- Eggsy! Egssy! Wstawaj! - Co się dzieję? - Zapytał Xsantiv, budząc mnie. 
- Miałem dziwny sen - Odparłem. - Śniła mi się dziewczyna, była w pomieszczeniu, grała na pianinie i napadli ją Łowcy. - Odpowiedziałem. 
- No, no, no, gratuluję Eggsy, Ta dziewczyna, to twój podopieczny. Twój dziadek także miał takie sny. 
- Kto był podopiecznym mojego dziadka? - Zapytałęm. 
- Ja, Eggsy. - Odparł. - Twój dziadek trenował mnie. Od jak dawna masz te sny? 
- Od ponad miesiąca. - Rzekłem oznajmiając. - Jak mogę ją odnaleźć?
- To będzie dla ciebie zbyt trudne. Masz słabo rozwinięty instynkt lokalizacji, ale nie martw się, pomogę ci. Następnej nocy idź spać, a ja przejże twoje sny i zlokalizuje twoją podopieczną. 
Następnego dnia rano mój przyjaciel powiedział, że znajduje się ona w miasteczku Seattle, i że mam bardzo mocne sny, co bardzo źle wróży dziewczynie. Zdaniem Xsantiva powinienem ją jak najszybciej odnaleźć. Muszę tylko przybrać formę jednego z uczniów i dostać się do miasteczka. Wiem, że ciężko będzie mi się odnaleźć wśród młodzieży dwudziestego pierwszego wieku, ale muszę dać radę. To moja misja i mój cel. Zrobię wszystko, żeby ją odnaleźć i wykonać zadanie. Nie zhańbię honoru rodziny Fire Fox. 


Aria

               Siedziałam na auli szkolnej wraz z Roose i innymi dziewczynami. Aula to było nasze ulubione miejsce, czułam się tu wyciszona i zachęcona do tworzenia muzyki. Śnieżno białe ściany pokryte były malowidłami w pięciolinię z półnutami, ćwierćnutami i ósemkami, tworząc kompozycję, którą najczęściej grałam. Na środku ustawione były małe, kawiarniane stoliki w kolorze drewna bukowego, przy których stały białe  krzesła. Na drugim końcu sali, tuż pod sceną, w prawym rogu znajdowało się stare, rozstrojone pianino w kolorze ciemnego brązu. Jak zawsze usiadłam przy nim i zamknąwszy oczy, zaczęłam grać spokojną melodię ze ścian. Gdy leciutko i z wyczuciem przyciskałam białe i czarne klawisze, czułam się, jak ktoś inny, jak ptak szybujący po niebie, wolna i radosna. Gdybym tylko mogła to grałabym tak godzinami.
Nagle na sali ucichło, co przyznam szczerze lekko mnie zaniepokoiło, ponieważ wszyscy już znali melodię, którą grałam i zazwyczaj rozmawiali między sobą. Przerwałam grę i spojrzałam tam gdzie wszyscy, czyli w stronę drzwi. W wejściu na aule stał wysoki chłopak o cudownych, mocno zielonych oczach i szerokim uśmiechu na twarzy, a ja ujrzawszy go zamarłam, ponieważ wyglądał identycznie jak chłopak z moich snów. Z jednej strony czułam, że mnie pociąga, a z drugiej odnosiłam wrażenie, że go nie lubię. Jeśli to rzeczywiście ten sam chłopak, który często odwiedza mnie, gdy Morfeusz mocno otuli moje ciało, to miałam powody do strachu, ponieważ to właśnie ten chłopak wiedział kim jestem, wiedział, że tylko udaję bogatą i rozpuszczoną nastolatkę, aby wtopić się w tłum, znał całą prawdę o mnie, a nawet to, że mieszkam w domu dziecka. Szczerze mówiąc zaczęłam go potężnie nienawidzić. Wstałam, z głośnym hukiem zamknęłam klapkę od pianina i ruszyłam napięcie w stronę wyjścia, przy okazji "przypadkowo" szturchając go barkiem. Niestety bezimienny chłopak nie dał za wygraną i szybko chwycił mnie za rękę. Jego ciało było rozpalone, gorące, po prostu mnie parzyło, a w oczach widać było ciekawość i przerażenie. Patrzył w moje tęczówki, jakby zobaczył ducha. 
- Wiedziałem, że cię kiedyś znajdę - Wyszeptał, nadal patrząc się w moje oczy. Bałam się, po prostu się go bałam. W tym momencie jak błogosławieństwo usłyszałam sygnał wołający na lekcje. Tajemniczy chłopak puścił mnie, a ja po raz pierwszy w życiu dziękowałam za dzwonek. 
               Na lekcji historii muzyki klasycznej nie mogłam się skupić na omawianiu życia Chopina, lecz na nim. Nadal na swojej skórze czułam jego zapach, widziałam jego oczy. Co więcej czułam na sobie jego wzrok i to na pewno nie dla tego, że siedział jedną ławkę dalej. Przynajmniej już wiedziałam, że nazywa się Eggsy Firefox i jest nowym uczniem w naszej szkole.
Momentalnie przed oczami pojawiły mi się czarne mroczki, a po ciele przeszedł zimny dreszcz. Czułam jak spadam z krzesła na podłogę, ale nie mogłam tego powstrzymać. Byłam pewna, że za moment uderzę głową o ziemię i stracę przytomność, więc zamknęłam oczy gotowa na to, co się stanie, ale czyjaś ręka powstrzymała uderzenie. 
               Gdy się obudziłam, leżałam na korytarzy w objęciach tajemniczego chłopaka, o dziwo tym razem nie byłam przestraszona, może to dziwne, ale czułam się bezpiecznie. 
- Straciłaś przytomność i spadłaś z krzesła, powstrzymałem uderzenie o podłogę. - Powiedział Eggsy z tym swoim szarmanckim uśmiechem w kształcie banana na twarzy. 
- Nie pytałam  co się stało. - Odpowiedziałam, uwalniając się z objęć chłopaka. 
- Aria! - Krzyknęła Rosse, biegnąc w naszą stronę. Rosse była moją najlepszą przyjaciółką, jedyną uczennicą, która znała o mnie prawdę, mimo, że pochodziła z ułożonego i wyrafinowanego domu.  - Dzięki, że zaopiekowałeś się moją kumpelą, ale teraz moja kolej. - Powiedziała blondynka, napięcie mrugając oczami w stronę chłopaka. Chwyciła mnie pod ramię i odeszłyśmy. 

czwartek, 18 lutego 2016

Prolog

               Leżałam na łóżku, dookoła otulona ciepłem. Otworzywszy oczy, ujrzałam ogień, a co dziwniejsze po raz pierwszy w życiu się go nie bałam, lecz czułam bezpiecznie. Słyszałam głos matki, mówiącej bym ją przytuliła, więc zeszłam z łóżka i wyszłam na korytarz. Wszystko pochłonęły płomienie, zabójczy ogień, jeden z najstraszniejszych i najpotężniejszych żywiołów. Nie czułam nic, żadnego pieczenia czy bólu, po prostu kojące ciepło. W ogniu szukałam mamy, ale nigdzie jej nie widziałam i właśnie wtedy sobie to uświadomiłam: Przecież ja nie mam rodziny, jestem sierotą, siedemnastoletnią sierotą, wychowywaną przez opiekunki z domu dziecka. 
Głos mamy zamilkł, a zamiast tego usłyszałam krzyki dzieci i dorosłych, widziałam jak uciekają z płonącego Domu Dziecka. Czułam się dziwnie, zaczęło mi się potężnie kręcić w głowie, znów się bałam. Wołałam o pomoc, ale nikt mnie nie słyszał. Upadłam na ziemię, uderzając głową o palącą się podłogę. Zemdlałam. 
           Obudziłam się cała zadyszana w przemoczonej koszulce. Leżałam na łóżku, w swoim pokoju, wszystko było tak jak być powinno, brak jakichkolwiek zniszczeń po pożarze. Znów to samo. Przeklęty koszmar.

_______________________________________
Czekam na komentarze!

środa, 17 lutego 2016

Wstęp

          Pisząc tą powieść jestem już innym człowiekiem. Nie wiem jak mogę opisać tę zmianę? Dorosłość? Dojrzałość?
Po co to piszę? Ponieważ znacie mnie jako autorkę kilku opowiadań, ale już nie jestem ta samą Dżerr, a kim? Niech to będzie zagadka. Odpowiedź znajdziecie po przeczytaniu powieści.
Pomysł na to opowiadanie przyszedł znikąd, tak po prostu się pojawił.
A bloga dedykuje mojemu kochanemu narzeczonemu: Patrykowi :*
Dżerr